Czy melancholia jest passé?


Życie / niedziela, Listopad 26th, 2017

Dlaczego tak bardzo boimy się zimy? Czy w tym pędzącym, idealnym świecie, który kreujemy nie ma miejsca na to, żeby zatrzymać się choć chwilę i pomyśleć? Może uciekamy od tego, bo boimy się prawdy? O nas samych, o tym co nas boli.

Jestem ekstrawertyczką. Zazwyczaj nie brakuję mi energii, a uśmiech często jest moim atrybutem. Przynajmniej staram się, by tak było. Jednak gdzieś głęboko w sobie noszę to szczególne uczucie melancholii, pewnej zadumy, tęsknoty (sama nie wiem za czym), które wychodzi na światło zimowego dnia właśnie o tej porze roku. Lubię myśleć o sobie w kategoriach pewnej dwoistości. Lato i zima. Tak samo mocno jak lato pociąga mnie swoją beztroską, słońcem, długimi dniami i nocami, w których nie brakuję pomysłów, tak samo zafascynowana jestem zimą, kiedy wszystko ustaję i bez większej koncepcji mogę po prostu być ze sobą. Nie wiem, czy to jakiś pierwotny instynkt nostalgicznej słowiańskiej duszy… Ale jest coś w tym bezlistnym krajobrazie i porywach wiatru. Zwłaszcza wieczorem, kiedy ustają wszelkie hałasy miasta. I kiedy myślę o tym, zdaję sobie sprawę, że czekam na ten czas cały rok.

Dlaczego nie reklamujemy z taką samą pasją zimowego zwolnienia z jaką mówimy o letniej beztrosce. Czy to mniej ważne? Czy melancholia jest passé?

I nie mówię tu o stanach depresyjnych, które niestety także mogą się zdarzyć, a mniejsza ilość słońca na pewno ma na nie wpływ. Mówię tu po prostu o pewnym stanięciu z sobą twarzą w twarz. Jak inaczej mamy poznać siebie? Przepracować być może zdarzenia z przeszłości, albo skupić się na tym co dzieje się teraz? Ciągle gdzieś biegamy, trzeba napisać pracę na studia, zrobić zakupy i zapłacić rachunki. Robi się coraz zimniej, a my nadal chodzimy w przejściowych butach.

W obecnym świecie coraz trudniej zauważyć ten moment zmiany, tego PRZEJŚCIA. Bo nie jest on uwarunkowany porami roku. Robimy to samo, niezależnie od tego czy na dworze smaży słońce czy szare chmury snują się po niebie. Ale aura może przecież poprowadzić nas przez nasze wnętrze. Jesteśmy odbiciem. Wszystko co jest w nas jest w kosmosie, a co w kosmosie jest w nas.

Może coś zdarzyło się kiedy dni robiły się coraz dłuższe, a przyjemne czerwcowe ciepło utrzymywało się mimo deszczu, ale nie mieliśmy czasu, żeby o tym pomyśleć, bo zaraz po tym nastał kolejny dzień i kolejny i kolejny… A teraz, wszystko zwalnia i zamiera. To dobry moment, żeby zajrzeć do środka i to uporządkować. Przyjrzeć się sobie. Nie ma nic prostszego. Kubek herbaty, dobra muzyka i już. Posiedzieć i nic nie robić — trudniejsze niż się wydaje. Nic nie robić. To przydatna umiejętność wyzwalająca z ciągłej karuzeli stresu, pośpiechu i nieustannej aktywności. Ale jest w niej też pułapka. Im dłużej siedzimy i myślimy tym łatwiej zakopać się w dołek.
A wydostać z niego już nie tak łatwo.

Pani owinięta kocem
Pani w kocu

Yin i Yang.

Czyli warto zwolnić, ale nie wpaść w zupełną stagnację. To dopiero wyzwanie. I chyba moja pierwsza bezradność — jak to zrobić? „Dobrze, po prostu sobie teraz odpocznę i pomyślę”. A zanim się obejrzę przestaję mi się cokolwiek chcieć i najchętniej przeleżałabym cały tydzień w łóżku, słuchając Simona & Garfunkela. Stosowanie letnich przyzwyczajeń prawie nigdy się nie udaje. Bo to zwyczajnie dla mnie niemożliwe, żeby wstać o 6 i iść pobiegać, kiedy na dworze zupełnie ciemno, a słońce nawet nie myśli o tym, żeby się pokazać (szacunek dla wszystkich, którzy dają rade się zmobilizować). Trzeba więc znaleźć inny sposób. I zastanawiając się nad tym doszłam do wniosku, że istnieje fundament, który podtrzymuje nas i towarzyszy niezależnie od naszej kondycji (również fizycznej) i pory roku.

Ludzie.

Zostać samemu to naprawdę twardy orzech do zgryzienia. Ale wsparcie przyjaciół czy rodziny, kiedy wpadło się w ten dołek, albo po prostu ich obecność sprawia, że twardy orzech włoski staję się małym i miękkim nerkowcem. Warto wspólne działać. Robić coś. To przydatna umiejętność wyzwalająca z karuzeli gnuśności, kryzysu i zastoju. Działanie + uśmiech = gwarantowany sukces. To działanie może przejawiać się wielu formach. Zajęcia teatralne, wyjście na koncert (sztuka ma działanie terapeutyczne!), albo oglądanie serialu w otoczeniu masła orzechowego i dżemu. Proste rzeczy. Hygge. Polskie hygge. Dobrym pomysłem będzie wyjście z domu, bo kiedy z czerwonym, zmarzniętym nosem dojdziemy do celu, miło będzie usiąść z kubkiem gorącej czekolady, popatrzeć na pluchę za oknem i marznących Kowalskich, ciesząc się, że my to mamy lepiej. Żartuję. Bądźmy dla siebie mili.

Szukajmy równowagi i naturalności bycia.

Kiedy coś się nie uda, frustrujemy się. Jak ja kiedy nie udało mi się napisać od razu idealnego tekstu na bloga, którego zasad przecież nikt nie ustalił, a jednak samoistnie się wytworzyły. Cóż, zależy mi na podążaniu własną ścieżką. I można by pomyśleć, że to koncepcyjny bunt, a ja mówię BYCIE SOBĄ.

Jesteśmy tylko ludźmi. Zdarzy się zaspać i ominąć poranny rytuał jogi i zdrowego koktajlu, a upuszczony w pośpiechu telefon spojrzy na nas zza zbitej szybki tak dalekiej przecież od nieskazitelnie przejrzystego ekranu. W drodze na uczelnię zarzucimy jedynie wyciągnięty sweter, a ekstra pogrubione i wydłużone rzęsy będą patrzeć na nas z tubki mascary. Ale chcę żeby moje życie takie było — czasem niezręczne, brzydkie, zwyczajne. Wierzę w piękno prostoty.

Natrafiam i ciągle będę natrafiać na przeszkody, ale wtedy najlepiej policzyć do trzech i po prostu zaśmiać z siebie i ze swojego pragnienia perfekcji i ładu. Dorosłość nie polega na tym, że nie popełnia się gaf, ale na tym, że bierze za nie odpowiedzialność jednocześnie dystansując się po to, byśmy w zimowy wieczór usiedli przy oknie i pomyśleli o tym, co nas spotkało, gdzie teraz jesteśmy i jacy jesteśmy. Nasze myśli to nasz skarb. Słowa nie zawsze potrafią odzwierciedlić to, co siedzi nam w głowie.

Spróbujcie usiąść, przez moment nic nie robić, a ja zostawię Was z tym czego nie potraficie opisać.