365 nowych dni, 365 nowych szans


Bezradniki / poniedziałek, Grudzień 25th, 2017

W tle White Christmas, zapalone światełka i biały puch wokół mnie. Nie, nie śnieg. Stos chusteczek. Ostatni zabiegany i stresujący czas odbił się na mnie fatalnym, świątecznym przeziębieniem. Z kuchni dochodzą do mnie jedynie szczątki zapachów, a żeby poczuć grzybową pyrkającą na ogniu muszę dosłownie wsadzić głowę w garnek.

Między jedną herbatą z hyćki (100 punktów dla każdego, kto wie co to), a drugą, wpadła mi do głowy klasyczna około świąteczna myśl.

Postanowienia noworoczne. W końcu rok zaraz się kończy i co, mam wejść w kolejny bez żadnego pomysłu?

Ogromna presja, prawda?

Ten progowy moment każdego roku wisi nad nami jak uschnięta jemioła, albo zaległy rachunek za gaz. Nowy początek, nowa ja. Możemy się śmiać, ale coś w tym jest. W tym początku. Choć niekoniecznie musi to być początek roku. Zmiana może przyjść na początku adwentu, ramadanu, nowego tygodnia, weekendu, albo dnia. Nieważne. Zmieńmy coś kiedy czujemy, że potrzebujemy zmiany i że potrafimy ją z pełną świadomością i determinacją przeprowadzić. Działajmy w zgodzie ze sobą.

Na początku wymyśliłam sobie króciutką listę rzeczy, które chciałabym podtrzymać lub zmienić w tym roku. Proste rzeczy, którym wiem, że podołam. I napisałam tekst. Jednak po jego zweryfikowaniu wnioski okazały się zupełnie inne. Ale po kolei…

To moja lista:

1. Więcej się uśmiechać
2. Więcej czytać
3. Nauczyć się robić jajka po benedyktyńsku
4. Polubić brukselkę

Nic bardzo skomplikowanego. Pierwsze dwa punkty zawsze są dla mnie aktualne i ważne. Uśmiech jest dla mnie podstawą. I nie mówię tu tylko o takim na twarzy, choć oczywiście też, bo po prostu umilamy w ten sposób mały skrawek ziemi, po którym idziemy. Ale mam na myśli przede wszystkim taki wewnętrzy, który pomaga nie złamać się w trudnych sytuacjach, albo chociaż w takich, kiedy ucieknie nam tramwaj, lub zapomnimy kluczy do domu. Czytanie rozwija i poszerza horyzonty, jest też dodatkowo cudowną formą spędzania czasu. I choć ciągle nie umiem przekonać się do czytania „na czas” (w określonym terminie) i wielokrotnie przegrywam z tą umiejętnością to ciągle zależy mi na zaczytywaniu się w książkach.

Jajka po benedyktyńsku mogą wydawać się śmieszne, ale dla mnie nie są. Po prostu nie umiem tego zrobić, a bardzo bym chciała. Nie jest to tak skomplikowane jak jazda na monocyklu, więc na pewno dam radę zrealizować to w którąś wolną niedzielę. Brukselka to w tym wypadku klasyczny przykład mojego wychodzenia ze strefy komfortu. Nawet jeśli nie uda mi się jej polubić to chcę przynajmniej spróbować. Jest to rodzaj smaku dzieciństwa, który utkwił mi w głowie jako jeden z tych niesmacznych, a to przecież bardzo zdrowe warzywo i ciekawie byłoby po latach sprawdzić jak, i czy w ogóle, zmienił się mój smak.

Dziś jest idealny dzień na nowy start

No i zrobione. Łatwo i przyjemnie. Nie jestem w stanie siebie w tym zawieźć. Bo to błahostki. Co nie znaczy, że nie są ważne. Są moje i dopasowane do moich aktualnych potrzeb.

Nie ma sensu wymagać od siebie, czegoś niemożliwego w danym momencie. Nie zapiszę się na salsę albo siłownię, bo brakuje mi jeszcze trochę pewności siebie. A może to tylko wymówka? Nie wiem, daje sobie czas, żeby to rozpoznać i ogarnąć.

Jednak po głębszym zastanowieniu… Czemu nie wymagam od siebie ciut więcej? Oglądając w głowie migawki z minionych 365 dni, myślę, że zbyt mocno się porównuję i kategoryzuję, nie zostawiając najmniejszego pola na inspirację. Tak jakby to zjawisko w ogóle nie istniało. Albo nic, albo rywalizacja. W takim trybie osiwieję przed 30-stką. Walczę jak lwica o swoją tożsamość, jednocześnie bardzo się przy tym zamykając. Zupełnie niepotrzebnie.

Ile ścieżek otworzyłoby się gdybym tak nie robiła?

W Nowym Roku oprócz tych drobiazgów (jakże istotnych nie tylko w moim funkcjonowaniu, ale i odżywianiu!) postaram się otworzyć na innych, podziwiać ich i uczyć, by nie być taką Tosią Samosią. I nie chodzi teraz o to, że jak nie uda mi się to za tydzień albo miesiąc, to dopiszę to na listę porażek. Będę próbować. A jeśli za rok znów usiądę, pomyślę o minionym i zobaczę, że nie udało mi się tego zrobić przez całe 12 miesięcy to odpowiem „Próbowałam”. Wtedy, albo się uśmiechnę i będę próbować dalej (co w jakimś sensie będzie spełnieniem postanowienia), albo mruknę pod nosem „Trudno, nieważne” i obrażę się na cały świat. Mam nadzieję, że nie.

Jak napisać idealną listę postanowień? I czy w ogóle pisać? Tylko wtedy, gdy czujesz potrzebę zmian. Jeśli nie, to nie wchodź w ten wir, po prostu działaj w zgodzie ze sobą. A kiedy 1 stycznia minie, a Ty nagle pomyślisz „ Kurczę, jednak dobrze byłoby zapisać się do biblioteki, albo zacząć odkładać na pierwszy wypad stopem” — spokojnie.

Masz jeszcze 2, 3, 4… i wszystkie 365 dni.