Ja nic nie wiem, ja tu tylko sprzątam


Bezradniki / niedziela, Styczeń 7th, 2018

„Porządek trzeba robić — nieporządek robi się sam”. To najbardziej zapamiętałam z czasów podstawówki. Mijałam to zdanie przez kilka lat, wchodząc do klasy. Podobało mi się zestawienie tych słów, no i oczywiście pamiętałam o tym, żeby sprzątać po sobie. Ale prawdziwe sedno odkryłam 10 lat później.

Wchodzę do pokoju i rzucam torbę na krzesło, później dokładam sweter i siatkę z zakupami. Kilka dni później krzesło znika w morzu rzeczy, na biurku notatki mieszają się z książkami, kablami i szczotką do włosów, a na podłodze obok skarpetek i laptopa leży torba z prezentami. Może to nie jakiś szczególnie zaskakujący widok w pokoju zabieganej studentki, ale problem pojawia się w momencie, gdy to, co na zewnątrz przechodzi do środka.

Zanim się obejrzę, zaczynam czuć się przytłoczona, zdezorientowana, roztrzepana. Zapominam czegoś zabrać, coś zrobić, nie mogę niczego znaleźć. Myślę o stu rzeczach na minutę, ale tak naprawdę na żadnej się nie skupiam; czuję się jak w biegu — jakbym ciągle coś goniła i nie dość, że nie wiem tak naprawdę co, to jeszcze biegnę tak, jak gdybym nigdy miała tego nie dogonić. Robię się zmęczona, bez energii czy weny. Niebo zasnuwa się chmurami, jest nieprzyjemnie i nic mi się nie chce.

Pierwszy krok — posprzątać. Od tego najłatwiej zacząć.

Odłożyć rzeczy na miejsce.

Trzeba robić porządek, bo nieporządek robi się sam… przez nieodkładanie. W przejrzystej przestrzeni łatwiej zebrać myśli, odpocząć i poukładać to, co tego wymaga. Wpisać spotkanie w kalendarz, napisać tekst, przeczytać artykuł. Powoli, powoli, odciążamy umysł, można zatrzymać się i odetchnąć. Myśli mogą swobodnie płynąć, nie zatrzymując się na górach ciuchów, albo stercie papierów.

Porządek wśród guzików

A czasem i to nie wystarczy.

Jakaś sprawa tak ugrzęźnie w naszej głowie, że nawet posprzątanie wokół siebie nie posprząta naszych myśli. Wtedy warto pochylić się nad moim ulubionym słowem.

DYSTANS.

Ciągle się go uczę — w stosunku do siebie, jak i do innych. Niezbyt radzę sobie z dystansowaniem w sensie metaforycznym, potrzebuję realnych akcji. Dlatego wybieram podróż. Nie zawsze oczywiście nadarza się taka okazja, kiedy akurat tego potrzebujemy…

Mnie akurat zbiegiem okoliczności zaproponowano jednodniowy wyjazd, podczas którego więcej czasu spędziłabym w samochodzie niż poza nim, więc pomyślałam, że to dobry pomysł. Bo kto nie lubi siedzieć przy oknie, z zatkniętymi w uszach słuchawkami, mijając w ten sposób kolejne miejscowości i krajobrazy, jednocześnie odbywając podróż do wnętrza swojego umysłu? Wprowadzamy się w pewnego rodzaju trans, którego ramy wyznaczają koła samochodu, albo pociągu. Z każdym kilometrem coraz dalej i dalej…

Dla mnie ten realny dystans, jaki dzieli mnie od codzienności, bardzo pomaga mi o niej dokładnie pomyśleć i przenieść w inną przestrzeń, przez co mogę spojrzeć na nią z innej perspektywy.

Momentem kulminacyjnym jest dotarcie do celu podróży. Nie poświęcam już swoim myślom tak wiele czasu, bo skupiam się na tym, co dzieje się wokół mnie, a wszystkie refleksje układają się same jak nauczony materiał noc przed sprawdzianem. Nawet jeśli jakaś mignie na chwilę, to realnie to, czego dotyczy, jest tak daleko, że nawet nie chce mi się poświęcać jej uwagi.

Potem czeka mnie już tylko droga powrotna.

800 km nie rozwiąże moich problemów ani nie posprząta mojego bałaganu, ale na pewno pomoże spojrzeć na niego ze świeższej perspektywy, znaleźć nowe rozwiązania.

Z każdym kilometrem bliżej domu rośnie zdenerwowanie, stres, ale też ekscytacja — jak to będzie po powrocie? Czy coś się zmieni?

Jednak kiedy wejdziemy do pokoju, w którym jest schludnie, prawdopodobnie przytulnie, poczucie chaosu osłabnie, nie będziemy tak przytłoczeni, może znajdziemy pokłady nowej energii.

Spory mętlik, jak na tekst o porządku, ale tak to jest z tymi myślami…

Porządek trzeba robić, bo ten w głowie (i nie tylko) robi się sam.