Teraz jest teraz


Życie / piątek, Kwiecień 6th, 2018

Parę lat temu chodząc latem po mieście, natrafiłam na niesamowicie proste, ale jakże uświadamiające zadanie. Na ulicy stały krzesła z ułożonymi blokami do pisania. Można było usiąść i opisywać co dzieje się dookoła, zapisać swoje wiersze, przemyślenia albo podzielić rysunkami. To było niezwykle inspirujące. Wymagało ciut odwagi, żeby usiąść wokół pędzącego tłumu na jednym z głównych deptaków Poznania, ale było warto. Dawało to szansę prawdziwego zatrzymania, dostrzeżenia ludzi i ich twarzy, budynków i wszystkiego tego, co normalnie mijamy bez zastanowienia. Prawdziwy pisarski mindfulness, tu i teraz.

Zbliża się wiosna — szukam sposobu na nabranie nowej energii i inspiracji. Od dawna potrzebowałam chwili, żeby usiąść i świadomie odpocząć. Odpuścić myślenie. I to chyba jeden ze sposobów. Bycie tu i teraz. I niekoniecznie w zatłoczonym mieście, w szczegółach jego dynamicznej tkanki.

W spokojnym tempie też jest coś przyciągającego.

Święta jak zwykle spędzam w rodzinnym domku letniskowym. To taka mała idylla, w której automatycznie włączasz reset. Nawet jak pada i jest zimno, otoczenie drzew i pól robi klimat. Deszcz stuka w parapet, wiatr uderza okiennicami. W środku jest ciepło i miło. Mała przestrzeń niejako popycha nas do siedzenia razem. Nie zamykania się w osobnych pokojach, a cieszenia swoją obecnością. Próbuję trochę analogowego życia, choć zasięg jest. Krzyżówki, książka alternatywą do Internetu i telewizji. Barszcz pyrka na turystycznej kuchence, w tle jakaś muzyczka, a kot obserwujący życie przyrody przypala wąsy w ogniu świecy.

Po prostu obserwuję.
I jakoś się uspokajam.

Bo muszę podnieść głowę i wytężyć wzrok, żeby móc dostrzec wszystko, co w tej chwili mnie otacza, choćby słoje na sosnowych ścianach domu.
Zerwał się wiatr, kołyszący lasem raz w jedną, raz w drugą stronę. Nasila się ulewa, która jeszcze bardziej potęguję uczucie ciepła i szczęścia. Nieskomplikowanego szczęścia z bycia w domu. Cieszenie się chwilą. Każdy ma jakieś sposoby. Pewnie niektórych ucieszyłoby spacerowanie w ulewie i obserwowanie kropli na tafli jeziora. Ja raczej z tych sucholubnych. Więc chwytam kieliszek wina i siadam przy stole. Toczy się rozmowa, pachnie ciastem i bukszpanem. Na dworze ciągle deszczowo i nieprzyjemnie. Ale zamiast narzekać na brak wiosny, skupiam się na tym co trwa, dostrzegam w tym coś przyjemnego, a reszta przestaje mi przeszkadzać.

I naprawdę — wystarczy tylko otworzyć oczy i uświadomić sobie każdy moment.


W medytacji skupiasz się na tym, że oddychasz, tu — na tym, że po prostu żyjesz i nawet jak myślisz się nic się nie dzieje, okazuje się, że to nieprawda. Mam poczucie, że będąc bardziej świadomą i uważną lepiej wykorzystuję czas, bo nie ucieka mi tak bezmyślnie między palcami. W ten sposób radzę sobie jakoś z zawrotnym tempem dorosłego życia. Kiedy w grafiku mojego tygodnia, czy dnia zrobi się luka, zwolnienie pośród intensywnych godzin, czuję się nagle nieswojo. Nuda, nic się nie dzieję. Nic spektakularnego. Odstaję od ogromu aktywnej ludzkiej masy. A może to tylko pozory…

Wystarczy zmienić perspektywę patrzenia.
Usiąść na chwilę i zaobserwować co dzieje się wokół. Jakie dźwięki, zapachy, kto jest z nami, co robi, jakie jest światło. Wszystkie szczegóły. Zawsze będę nobilitować zwyczajność. Bo ginie gdzieś w wielkim świecie. Najbardziej bezradna jestem wobec cudowności, nadzwyczajności i pędu. Choć też je lubię, bo dają to poczucie Życia, jednak codzienność zbudowana jest ze zwyczajności. Trzeba ją dostrzegać i doceniać. Nie tylko od święta. Więc spróbujcie — nawet jeśli nie opisywać, to uświadomić ją sobie. Sobie. Próbujcie — nawet jeśli nie opisywać, to uświadomić ją sobie. Sobie.