Jak zostałam brudasem


Życie / sobota, Październik 6th, 2018

Październik. No nie ma co się oszukiwać — przyszła jesień. Wszystko wróciło na swoje tory po wakacyjnej przerwie. Przez najbliższe 10 miesięcy będę pokonywać tę samą drogę z domu na uczelnię, oprócz tego zahaczę jeszcze o bibliotekę, pracę, czasem jakiś pub.

Z jednej strony tęskniłam już za taką rutyną (znudził mi się nadmiar wolnego czasu) i poczuciem robienia rzeczy. Z drugiej jednak siedzi we mnie poczucie jakiejś melancholii (nowość!), że lato odeszło i wróci dopiero za rok.

Letnie fatałaszki ustąpiły miejsca grubym swetrom. Robiąc porządki w szafie i pakując ubrania do worków, wspominałam ciepłe miesiące i miejsca, w których nosiłam konkretne rzeczy. Do nich należą m.in. „ciuchy na Woodstock”. Dla mnie to takie, które tchną kolorami, jakimś hipisowskim duchem, przywodzą na myśl słońce, poczucie wolności i są praktyczne, to znaczy ­— „fajne, ale jak się zniszczą albo pobrudzą, to nic się nie stanie”.

Przywołany festiwal (od tego roku Pol’and’Rock) to dla mnie obowiązkowe miejsce do odwiedzenia każdego lata od trzech lat. Dla jednych to wydarzenie mocno kontrowersyjne, dla innych „najpiękniejszy festiwal świata”. Mnie ładuje energią na cały rok i w jakiś sposób kształtuje to jaką jestem osobą, dlatego zdecydowałam się o nim napisać.

Myślę o nim szczególnie mocno w, takim jak teraz, okresie jesienno-zimowym, kiedy łatwo złapać doła, bo znowu leje i nic się nie chce, a i ludzie jacyś tacy nieprzyjemni z zatkniętymi nosami w omotany szalik.

Moja przygoda z tym festiwalem zaczęła się trzy lata, kiedy nie mając żadnych konkretnych planów, zostałam namówiona przez zachwyconą tym miejscem starszą siostrę (dzięki!). Zupełnie się tam nie widziałam, słyszałam różne historie, muzyka też jakoś nie bardzo leży w moich gustach… Ale był to okres, kiedy aż na siłę próbowałam nowych rzeczy, więc czemu nie? Spakowałam się, pojechałam i proces ten powtarzam co roku.

Jestem zdania, żeby wyrabiać opinię na dany temat dopiero wtedy, kiedy się go doświadczy, zbada, zobaczy, posłucha. Starałam się więc zachować otwarty umysł i nie zamykać na to co się tam wydarzy.

            Oto co mnie tam spotkało.

Morze ludzi, dosłownie, morze. Cały mój rodzinny Poznań w jednej wspólnej przestrzeni. Namiot na namiocie, w każdym możliwym miejscu, co może być czasem przytłaczające. Tak samo warunki sanitarne, które, wiadomo, są mocno polowe. Ale kilka dni w roku to naprawdę niedużo na takie doświadczenie. Zresztą, cała atmosfera tego miejsca pozwala to wszystko znieść i to z dużym uśmiechem na twarzy.

Skąd więc bierze się przeświadczenie o pięknie (i to w dodatku największym na świecie) tego festiwalu? Ludzie, ludzie i jeszcze raz ludzie. Festiwal, jak powszechnie wiadomo, jest bezpłatny, więc może na niego pojechać każdy. Dosłownie, każdy. Ty, Ty, Ty i Ty też. Nie ma znaczenia ile masz pieniędzy, jakie ubrania, w co wierzysz i gdzie mieszkasz. Tak inspirującego przekroju osobowości nie spotykam nigdzie przez cały rok. Możesz poznać miliony ciekawych historii, pomysłów na życie, zainteresowań przez zwykłe „cześć”, albo przytulenie kogoś, bo fajnie się uśmiecha. Ja czuję się tam akceptowana taka jaka jestem, bez potrzeby udawania kogoś innego. Jeśli w mojej duszy siedzi małe dziecko kwiat, to tak właśnie będę tam funkcjonować. A zawtóruje mi dziewczyna w stroju jednorożca i starszy mężczyzna z pomarańczowym irokezem do samego nieba. Szacunek, otwartość, bezinteresowność to słowa, która przychodzą mi do głowy.

            Utopia, prawda?

Owszem, brzmi to idealnie i wręcz nie chce się w to wierzyć, bo przecież codzienna rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Czytając statystyki wrzucane do Internetu po zakończeniu festiwalu zauważa się tyle i tyle kradzieży, czy innych przestępstw. Ja żadnych tam nie doświadczyłam, jednak taka liczba osób (pomimo świetnie działających służb), jest trudna do ogarnięcia. Ludzie nadal są tylko ludźmi. Ja jednak nie tracę w nich wiary. Bo widzę jak w większości się tam czują i funkcjonują. Ktoś może przyjechać tam dla konkretnego zespołu, na ciekawe spotkanie ze swoim autorytetem na ASP, albo po prostu spędzić czas ze znajomymi i czuć się dobrze. Nieważne, jaki jest powód, ważne, że każdy ma prawo do przebywania w tym miejscu i czerpania z niego przyjemności i siły w różnych aspektach, ale na równych prawach. I jest to tam, moim zdaniem, powszechnie respektowane.

            „Mamo, jest mi tu dobrze”, „Wróciłam do domu” 

To niektóre hasła, które można zobaczyć na tabliczkach, czy transparentach uczestników. Ciągnie nas do miejsc, w których czujemy się akceptowani, potrzebni, które nie ograniczają naszej wolności, wręcz przeciwnie, dają nam do niej przestrzeń.

Dobrze jest poczuć, że w obecnym świecie, mocno skonfliktowanym, podzielonym na my/oni, pełnym przemocy i zamykania się na drugiego człowieka powstaje coraz więcej inicjatyw, które temu zaprzeczają. Jasne, to tylko kilka dni w roku, ale od czegoś trzeba zacząć.

Gdybyście kiedyś zastanawiali się nad tym co robi się na studiach teatrologicznych, już tłumaczę. Między innymi pochylamy się nad różnego rodzaju widowiskami kulturowymi, także festiwalami. Nie do końca może muzycznymi, jednak widzę tu pewną wspólną cechę. Tego rodzaju wydarzenie to czas poza czasem. Czas, który istnieje poza znaną nam rzeczywistością. Do tego czasu odpowiednio się przygotowujemy i czerpiemy garściami z jego wyjątkowości. Jest pewnego rodzaju wyzwoleniem, świętem, euforią.

Każdy, zgromadzony na malutkim dworcu w Kostrzynie, wraca w końcu do swojej miejscowości, swojego życia, rodziny i znajomych. Z czasem znów będziemy musieli przestawić się na „cywilizowany” tryb. Okazuje się to dość trudne, kiedy nie widzisz tylu uśmiechniętych, szczęśliwych i wyluzowanych ludzi. Nie można podejść do obcej osoby i przybić piątkę, a ręka czasem aż się rwie!

Nie zrozumcie mnie jednak źle. Nie chodzi o to, żeby biegać i do wszystkich się przytulać. To zabiłoby wyjątkowość i magię tego festiwalu. Jednak dlaczego musimy przemierzać tyle kilometrów, żeby poczuć się ze sobą dobrze, poczuć się wspólnotą, której siła leży w różnorodności, doświadczyć pełnej wolności bycia sobą i akceptacji? Chciałabym, żeby było to normalnością, a nie świętem. I naprawdę nie jest to trudne, wystarczy zacząć od uśmiechu i szacunku do siebie nawzajem.

„Dbajcie o siebie” — te słowa można usłyszeć ze sceny kilkanaście razy dziennie podczas trwania festiwalu. Zmiany zaczynają się w każdym z nas i tylko my poprzez wzajemną troskę i wsparcie możemy zmieniać rzeczywistość.

Odnosząc się do krążącego stereotypu uczestników Pol’and’Rock— tak, jestem brudasem, bo jeżdżę w to miejsce. Jeżdżę w to miejsce rokrocznie uczyć się na nowo od ludzi i ich podziwiać. Mam swoje idee w głowie, które są moim fundamentem. A kąpiel w błocie jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła…